W Czechach są marki, które zna każdy. Są firmy, których produkty codziennie trafiają na stoły, do lodówek, na pola uprawne i do fabryk. Są też takie, które pozostają niewidoczne dla przeciętnego konsumenta, ale bez nich gospodarka po prostu by się zatrzymała. Agrofert należy do wszystkich tych kategorii jednocześnie. To nie tylko holding – to zjawisko, symbol epoki i punkt zapalny debaty o granicach demokracji, kapitalizmu i władzy w Europie Środkowej.
Czym jest Agrofert?
Agrofert to czeski konglomerat przemysłowy i agro-spożywczy, którego początki sięgają 1993 roku. Z założonego w Pradze przedsiębiorstwa handlu nawozami i produktami rolnymi firma rozrosła się do grupy ponad 230 spółek(!) działających w kilkunastu branżach: rolnictwie, przetwórstwie żywności, chemii, logistyce, energii i nawet mediach. Grupa zatrudnia dziesiątki tysięcy pracowników, a jej sprzedaż oscyluje w setkach miliardów koron rocznie — w 2022 r. Agrofert osiągnął obroty rzędu około 245 mld CZK, zatrudniając ponad 30 tys. osób.
Andrej Babiš właścicielem Agrofertu
Trudno pisać o Agrofercie bez nazwiska Andrej Babiš. Trudno też pisać o Babišu bez Agrofertu. Ich losy są splecione tak mocno, że przez lata czeska opinia publiczna miała wrażenie, iż państwo, rząd i prywatne imperium biznesowe funkcjonują w jednym ekosystemie – czasem harmonijnie, częściej konfliktowo, a nierzadko w sposób budzący poważne wątpliwości etyczne i prawne.
Przed wejściem do polityki Babiš był jedynym właścicielem Agrofertu. Gdy w 2013–2014 zaczął piastować urzędy państwowe, jego ruchy w kierunku utrzymania wpływu na koncern wywołały pierwsze alarmy dotyczące konfliktu interesów. Aby formalnie spełnić wymogi prawa o konflikcie interesów przyjętego przez parlament, w 2017 roku Babiš przeniósł swoje udziały w Agrofercie do dwóch funduszy powierniczych. Jednak kroki te nie rozwiązały podstawowego problemu — nadal utrzymywał on wpływ na firmę i jej zyski mimo sprawowania władzy publicznej. Od tamtej pory kwestia, czy możliwe jest pogodzenie roli premiera lub wpływowego polityka z faktycznym wpływem na ogromny prywatny holding, stała się centralnym punktem debat publicznych.
Jak Agrofert wpływa na życie każdego Czecha?
Siła Agrofertu nie polega wyłącznie na liczbach. Polega na strukturze. Holding kontroluje pełne łańcuchy produkcyjne – od pola, przez przetwórstwo, po dystrybucję. Oznacza to realną możliwość wpływania na ceny skupu, warunki kontraktów i stabilność mniejszych podmiotów.
Dla czeskiego rolnika Agrofert bywa jednocześnie:
– odbiorcą płodów rolnych,
– dostawcą nawozów i środków produkcji,
– konkurentem posiadającym ogromne gospodarstwa,
– operatorem logistycznym czy dostawcą sprzętu rolniczego.
Taka pozycja tworzy asymetrię, której nie da się zniwelować prostymi mechanizmami wolnego rynku. Nawet jeśli holding formalnie nie łamie prawa konkurencji, jego dominacja zmienia realne warunki gry. I to właśnie w tym miejscu zaczyna się polityka.
Andrej Babiš – skuteczny menedżer?
Gdy Andrej Babiš wkraczał do polityki, przedstawiał się jako skuteczny menedżer, który „zrobi porządek” w państwie. Antysystemowy ton, krytyka elit, hasła walki z korupcją – to wszystko trafiało do wyborców zmęczonych transformacją i aferami. Problem polegał na tym, że Babiš nie był politykiem bez zaplecza. Był właścicielem największego prywatnego holdingu w kraju. Gdy został ministrem finansów, a później premierem, Czechy znalazły się w sytuacji bez precedensu: człowiek odpowiedzialny za państwowe finanse był jednocześnie beneficjentem systemu dotacji, regulacji i decyzji administracyjnych. To wtedy pojawiło się pojęcie konfliktu interesów – i to nie w znaczeniu teoretycznym, ale bardzo praktycznym.
Agrofert przez lata był jednym z największych beneficjentów unijnych dopłat rolnych i inwestycyjnych w Czechach. I znów – samo w sobie nie jest to niczym nielegalnym. Problem pojawia się wtedy, gdy firma powiązana z rządzącym politykiem otrzymuje takie środki. Czy można być pewnym, że wszystkie procedury działają wówczas właściwie? Tym bardziej kiedy ten polityk współtworzy system dystrybucji środków unijnych. Dla wielu Czechów była to chwila przebudzenia. Pojawiło się pytanie, czy państwo nie zostało podporządkowane interesom jednego konglomeratu. Czy demokracja jest w stanie skutecznie kontrolować władzę, gdy ta władza ma zaplecze finansowe porównywalne z budżetami całych resortów.
Czwarta władza
Tym bardziej kiedy korporacja staje się „czwartą władzą”. Przez lata Agrofert kontrolował znaczną część czeskich mediów. Firma była właścicielem dużych wydawnictw i mediów (np. MAFRA z gazetami takimi jak Mladá fronta Dnes i Lidové noviny oraz stacjami radiowymi i telewizyjnymi) – choć te aktywa zostały później sprzedane, ich wcześniejsze posiadanie pokazywało, jak daleko sięgał biznesowy wpływ grupy. Gazety, portale, rozgłośnie – wszystko to tworzyło ekosystem, w którym biznes, polityka i przekaz medialny spotykały się w jednym punkcie. Nawet po sprzedaży części aktywów medialnych pozostało pytanie: jak bardzo struktura debaty publicznej została w tamtym czasie zdeformowana? I czy skutki tej koncentracji wpływów nie są odczuwalne do dziś?
Afera Bocianiego Gniazda
Najbardziej znaną aferą pozostaje sprawa tzw. Bocianiego Gniazda – projektu, który otrzymał dotację przeznaczoną dla małych przedsiębiorstw, mimo że faktycznie był powiązany z Agrofertem. Sprawa ciągnęła się latami, była umarzana, wznawiana, wracała do sądów i opinii publicznej. Niezależnie od ostatecznych rozstrzygnięć prawnych, symboliczny ciężar tej afery jest ogromny. Dla części społeczeństwa stała się dowodem na istnienie systemu „równych i równiejszych”. Dla zwolenników Babiša – przykładem politycznego polowania na czarownice.
Czy to już oligarchia?
Czechy nie są Rosją. Nie są Ukrainą z lat 90. Nie są też Węgrami w klasycznym sensie. Ale przypadek Agrofertu pokazuje, że oligarchizacja nie musi przyjmować brutalnych form, by być realnym problemem. Jeśli oligarchię rozumiemy jako koncentrację kapitału, bezpośrednie powiązania biznesu z władzą, wpływ na prawo, media i instytucje to Agrofert bez wątpienia spełnia wiele z tych kryteriów. Nie w sensie prawnym, ale systemowym. Powiązania Agrofertu z Andrejem Babišem, który pełni najwyższe funkcje państwowe, wzmacniały percepcję, że granica między państwem a prywatnym imperium biznesowym była płynna. Krytycy argumentowali, że takie powiązania sprzyjały koncentracji przywilejów i środków, oraz że struktury państwa i publiczne decyzje mogły być (lub były postrzegane jako) instrumentem wspierania prywatnych zysków zamiast dobra publicznego.
Agrofert to nie tylko firma. To lustro, w którym odbija się kondycja czeskiego państwa. Pokazuje, jak łatwo granice między interesem publicznym a prywatnym mogą się rozmyć, gdy skala biznesu spotyka się z ambicją polityczną. To także ostrzeżenie – nie tylko dla Czech. Dla całej Europy Środkowej, gdzie demokracje są młode, a kapitał potrafi być bardziej cierpliwy niż instytucje kontrolne.
Agrofert przetrwał rządy, audyty i protesty. Pytanie brzmi nie tyle, czy holding jest legalny, lecz czy system jest wystarczająco silny, by ograniczać jego wpływ. Bo w demokracji problemem nie jest istnienie wielkich firm. Problemem jest sytuacja, w której stają się one zbyt wielkie, by je kontrolować.


